Gdy kurtyna Mroku zapada, zaczynamy Maskaradę...
 
IndeksCalendarFAQRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Stary Rynek

Go down 
AutorWiadomość
Sahir Nailah
Król
avatar

Liczba postów : 106
Dołączył/a : 04/07/2013
Age : 23

PisanieTemat: Stary Rynek   Czw Lip 04, 2013 9:54 pm

Cóż, ostatnimi czasy po rynku o wiele bezpieczniej jest dla turystów... "przemykać". Nie chodzić.
Trochę gruzu tu i tam, trochę ruin, jednak co jak co, ale jeśli szukać największego życia w tym mieście, to można je znaleźć właśnie tutaj.
Powrót do góry Go down
Memengwa Kay
Specjalista wirusolog
avatar

Liczba postów : 61
Dołączył/a : 04/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 10:24 am

Bolton dotarł do Sorresii późnym popołudniem, zaczekał, aż Kay przebierze się na tylnym siedzeniu samochodu, wysadził ją i odjechał na jej wyraźną prośbę. Na początku sprzeciwiał się, sugerował, że bezpieczniej byłoby, gdyby towarzyszył Memengwie lub przynajmniej został w mieście na jakiś czas, by miała się do kogo zwrócić (sorresyjski oddział Organizacji może i był bezpiecznym miejscem, ale i tutaj pani doktor nie miała wielu sojuszników), lecz ona upierała się, że da sobie radę sama, nie pozostało mu zatem nic innego jak spoglądanie przez szybę auta na jej odwróconą tyłem, oddalającą się w kierunku ulic starego miasta sylwetkę.
Kay naprędce zmieniła ubranie i uczesanie, włożyła czarne rajstopy, krótkie spodenki ze zwisającymi szelkami, wygodne znoszone trampki, obcisły podkoszulek z logiem Cannibal Corpse i obszerną męską bluzę, włosy splotła w dwa fikuśne warkoczyki. Przepakowała się do innego plecaka, a przed wyjściem na zewnątrz spryskała się obficie nowymi perfumami, zapachem, którego nigdy nie używała i który w ogóle nie pasował ani do jej poważnego, laboratoryjnego oblicza, ani do tego luźnego, młodzieżowego wizerunku. Niestety jej niestarzejąca się twarz miała zbyt charakterystyczne rysy, by być w tym wypadku zaletą, duże okulary poszły w ruch. Badacz dobrze wiedziała, że ten kamuflaż zadziała na większość wampirów, natomiast nie ukryje jej przed kimś, kto nazywa siebie "Krukiem" - ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Przecież właśnie po to nakazała Jackowi wcisnąć gaz do dechy: by jak najszybciej zetknąć się z tym cholernym wszechwiedzącym paplą.
Jeśli nie mogła przed nim uciec, wyjdzie mu naprzeciw.
W myślach Kay wciąż rozbrzmiewała nazwa knajpy, którą podczas krótkiej rozmowy telefonicznej przekazała jej Campbell. Upadły Anioł. Memengwa przeszukiwała ulice i podpytywała o nią ludzi, ale ci niechętnie udzielali wskazówek. W końcu kobieta zabrnęła na rynek z lekkim poczuciem zrezygnowania i dezorientacji. Gdzie miała szukać tego cholernego pubu? No cóż, na pewno nie tutaj, w samym sercu miasta. Czas zaciskał pętlę na jej szyi, jeszcze nie wiedziała o tym, że Sahir wytrwale deptał jej tropem i ledwie zdążyła stamtąd umknąć, on już był w Noire, już szarpał za najważniejsze struny, już wysyłał za nią psy nie tylko wampirze, ale i ludzkie... nie wiedziała o tym, a mimo to świadomość niebezpieczeństwa wypełniała ją jak powietrze wypełniało gumowy balonik.
Kay rozejrzała się po placu, próbując dokonać wyboru; co miała zrobić? Szukać dalej na własną rękę, dzwonić do Campbell a może...
...może zwiększyć stężenie adrenaliny, zmitrężyć trochę czasu i poczekać, aż Kruk sam ją znajdzie?
Powrót do góry Go down
Laum Rökkur
Wygnaniec
avatar

Liczba postów : 26
Dołączył/a : 13/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 11:21 am

Ból przenika, świadomość konieczności odpoczynku przytłaczała, zmuszała do tego, by w łóżku pozostać. Nie mogłeś tego zrobić. Siedziałeś na jego brzegu, kryjąc twarz w dłoniach, będąc obserwowanym przez parę uważnym, lodowatych oczu tego, którego żywi dojrzeć nie mogą, a który teraz wyraźnie czekał, aż dasz mu to, czego pragnął, czego pragnie każdy duch po spełnieniu twoich próśb - ofiary. Były one przeróżne - od miseczki ryżu, po miseczkę krwi, poprzez zabicie kogoś, lub spalenie domu - Laum nie wiedział, skąd ta różnorodność, ale podejrzewał, że ma to silny związek z tym, jak żyli ci wszyscy nieumarli, z tym, jak umarli. Niekiedy nawet pytał, dlaczego żądają tego, a nie czegoś innego - nie potrafili odpowiedzieć. Kierować ich pragnieniami w tym temacie musiała jakaś siła wyższa, nad którą najwyraźniej nie mieli władzy, której nawet nie byli świadomi... Nie mógł ich za to winić, wiedząc, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, lecz nie powtarzając tego z czystej niechęć wyjścia na hipokrytę. Szeptałeś jeno to powiedzenie w myślach, gorzko się doń uśmiechając. Wszak cóż za problem dla ciebie zaspokoić jakąkolwiek ciekawość..? Tylko w myślach czytać nie potrafiłeś - to już było pewnego rodzaju ograniczenie. Na szczęście nie wadziło. Zwariowałbyś, gdybyś oprócz tych ponurych, wiecznie lamentujących cieni słyszał jeszcze szepty jaźni innych... Już wszak nie jest z Tobą najlepiej, prawda? Tylko kto by to zauważył... Jesteś sam jak palec... Musisz być sam...
Wstałeś w końcu wykonując w powietrzu znak krzyża nad umartwioną duszą - uśmiechnęła się ona błogo, rozpływając w eterze - już więcej na ten padół nie powróci, będzie mogła odnaleźć spokój tam, wysoko, pośród białych chmur i błękitnego nieboskłonu...
Nałożyłeś na siebie czarny t-shirt prezentujący swym wzorem, że właściciel słucha The Doors, na to długi płaszcz, krzywiąc się z bólu - niestety środki przeciwbólowe panny Bell nie mogły trwać wiecznie... A szkoda... Podszedłeś do biurka, chowając za pas sztylety, do cholew butów, dopasowując kaburę z bronią i złożyłeś ręce, oddając sztywny niby-ukłon przed wyczyszczoną kataną - już tylko jedną. Druga przepadła w dłoniach wampirów, w dłoniach Karin Sang... Niech będzie przeklęta ona i cały wampirzy naród... Ty też, taak... Bądź przeklęty za skażoną krew, która płynie w twoich żyłach, która wzmacniała te parszywe pijawki... Dobrze, że przynajmniej o tym jeszcze nie wiedziały... Dobrze, że nie miały pojęcia o twoich zdolnościach... Teleportacja..? To mała brożka... prawda jest taka, że nie nadajesz się do otwartej walki z tymi paskudami... Więc co mają ludzie powiedzieć..?
Drzwi klitki, w której się umościłeś, zamknęły się z trzaskiem zamka.
Dzień był pochmurny, wiedziałeś, że Memengwa już do Sorresii dotarła, że teraz kręci się po centrum - po cholerę?! Powinna... Sam nie wiesz, co teraz powinna zrobić... Wampiry zaczęły działaś i to bardzo agresywnie, wszystko się komplikowało... czyżby tym razem rasę ludzką czekała zagłada..? Zagłada lub służenie pijawką, bycie bydłem na każde zawołanie... Nie chciałbyś dożyć takich czasów...
Ukrywanie się teraz było zupełnie bez sensu, mogłeś już śmiało, jawnie działać - z tego, co wiedziałeś, na razie wiadomość o twoim powrocie nie rozprzestrzeniła się wśród wampirów, w dodatku był dzień, w którym większość wampirów siedziała w swoich norach, a ty próbowałeś walczyć z promieniami słonecznymi, kryjąc pod kapturem i za okularami przeciwsłonecznymi, chociaż i tak w tym wszystkim najgorsze było poczucie, że zaraz twoje bebechy wylądują na chodniku...
I tak zaszedłeś drogę pewnej specjalistce od genetyki organizacji nazywanej "Wschodzące Słońce"...
- Jednak spotykamy się twarzą w twarz... - Mówiłeś na tyle głośno, by cię usłyszała, by się zatrzymała, by zwróciła uwagę, nie ważąc się tu i teraz, w tym tłumie, wypowiedzieć swojego, czy jej imienia na głos. - Musimy porozmawiać. Parę spraw się skomplikowało. - Oddychałeś ciężko przez rozchylone wargi, czując, jak kręci ci się w głowie z wysiłku samego chodzenia i głodu. Musisz uważać, inaczej spadniesz znowu w hierarchii i zmienisz na poziom C, a wtedy to dopiero wszystko się pokomplikuje...Tak wielkie ograniczenie zdolności byłoby poważnym problemem.
Obróciłeś się, z ręką obejmującą brzuch i obróciłeś tylko głowę, żeby się upewnić, że za tobą kobieta podąża - machnąłeś lekko głową, chcąc poprowadzić ją w jedną z cichszych uliczek, gdzie nie przewalał się człowiek za człowiekiem, gdzie przechodził ktoś raz na ruski rok, ale nie na tyle głęboko, by czuła się bardzo dyskomfortowo... Ściągnąłeś okulary i kaptur - tutaj przynajmniej był cień, który dawał wytchnienie od palących ciało promieni. Współczułeś poziomom poniżej B, które płonęły na słońcu żywcem, pamiętając te czasy, kiedy przechadzałeś się w dzień bez żadnych konsekwencji, będąc panem nie tylko nocą, ale i za dnia.
- Rada Wampirza już wie, że żyję. Że tutaj jestem. - Zacząłeś na dzień dobry, wszystkie słowa wstępu sobie darowując. - Będę się więc starał zwrócić całą ich uwagę na siebie, ale... Sahir Nailah poszedł dziś do przedstawiciela rządu od spraw kontaktu z wampirami, chcą zlikwidować Wschodzące Słońce, ale najpierw poślą za tobą wszystkie swoje psy... Chcą cię dorwać żywcem. A kiedy to zrobią bez problemu znajdą fiolki. Dowiedzą się wszystkiego o organizacji. Zdobędą ostatnie części układanki, które pozwolą im zmieść ostatni fort ludzkości z ziemią.
Oparłeś się plecami o chłodny mur, zjeżdżając do pozycji siedzącej, żeby nie musieć męczyć się z mężnym utrzymywaniem na nogach.

Powrót do góry Go down
Memengwa Kay
Specjalista wirusolog
avatar

Liczba postów : 61
Dołączył/a : 04/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 12:00 pm

W momencie, gdy mężczyzna zaczepił ją i bez cackania się wyjawił, że jest tym, kogo szukała, Kay poczuła lekkie ciążenie w dołku. Podczas ostatniej rozmowy telefonicznej obydwoje szykowali na siebie broń, gotowi pozabijać się, gdyby doszło do otwartej konfrontacji, tymczasem dziś rozmowa zaczęła się tak luźno, jakby badacz i wampir znali się od długich lat. No tak, on znał ją bardzo dobrze, chyba stąd to nietypowe wrażenie.
Zanim Kay ruszyła za Laumem, rozejrzała się spokojnie wokół siebie. Szerokie przyciemniane szkła skrywały sporą część jej twarzy, ale nie przeszkadzało to w dostrzeżeniu, że pani doktor emanuje siłą i pewnością siebie właściwie całym ciałem. Nie czuła się owieczką prowadzoną w pułapkę i nie była nią, pod białym, miękkim płaszczem z runa krył się wilk. W głębi duszy wciąż tak samo zimny i wciąż tak samo bezlitosny.
Kobieta słuchała wampira uważnie, po raz kolejny łapiąc się na tym, że przyciąga do siebie osoby mające wyraźny problem ze słowotokiem i z pozwoleniem rozmówcy na dojście do głosu. Nie przerywała jednak, gdyż dobrze wiedziała, że w jej położeniu wszystkie informacje i ostrzeżenia (o ile nie były wygłaszane protekcjonalnie) mogły się przydać. Usłyszała to, czego właściwie spodziewała się od początku. Nic nowego. Nic świeżego. A pytań wciąż było wiele, zaufania wciąż zbyt mało.
- Oczywiście, że się pokomplikowało - odparła, gdy w końcu umilkł. Stojąc nad nim, skrzyżowała dłonie na piersiach i przeniosła ciężar ciała na prawą nogę w pozornie niedbałej pozie, która pozwalała jej jednocześnie zachować czujność i sprawność reakcji w razie wypadku. - Ale nie "samo się", to TY to pokomplikowałeś. - Właściwie to nie wiedziała, od czego zacząć, póki co najświeższą zadrą było to, że chlapał jęzorem na lewo i prawo: - Dzięki panienkom Campbell i Lebiediew ściągasz na moją głowę górę Organizacji do kompletu. O co ci w ogóle biega? Oczekujesz, że będę współpracowała, kiedy na boku rujnujesz wszystkie moje postępy? - parsknęła zimno. Zachowanie Lauma było wszak skrajnie niekonsekwentne. Po co do niej dzwonił, po co ściągał na siebie jej uwagę i proponował coś w rodzaju ochrony, skoro w tym samym czasie przyczyniał się do rujnowania jej statusu we Wschodzącym Słońcu i diametralnie obniżał możliwości Kay do działania? Z jednej strony trąbił, że Memengwa jest dla niego ważnym elementem, że walczą po tej samej stronie, zaś z drugiej jego durny wyskok sprawił, że jeśli ukochana pani laborantka doniesie o wszystkim przełożonym, genetyk za prowadzenie badań na własną rękę, na przekór Organizacji, mogła zostać zupełnie odsunięta od projektu VUGO lub ukarana w gorszy sposób. A teraz jeszcze Laum mówi jej, że szuka jej rząd! Świetnie, do kurwy nędzy. Kto jeszcze dołączy się do polowania na wielką niedźwiedzicę?
Kay widziała, że z mężczyzną coś jest nie tak, że został poturbowany, nie trzeba było być przecież geniuszem. Ale nie pokazywała ani krzty empatii wobec niego (a może rzeczywiście wcale jej nie czuła?), jeśli mogła mu pomóc, a na razie zakładam, że mogła, po dziewięciu latach trudnienia się medycznym fachem i zaznajamianiem z wampiryzmem, zrobi to dopiero, gdy otrzyma przynajmniej część wyjaśnień i rozwieje przynajmniej mikroskopijny strzępek mgły wątpliwości.
Powrót do góry Go down
Laum Rökkur
Wygnaniec
avatar

Liczba postów : 26
Dołączył/a : 13/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 3:48 pm

Zamknąłeś oczy, biorąc głębszy oddech, przywołując w pamięci uczucie dobrze znane, wyciszając zmysły... Spokój... Spokój i cisza, pośród których dobiegał twych uszu głos Memengwy Kay. Chciałeś od niej tylko jednej rzeczy, jednej jedynej - żeby stworzyła nowych sztucznych, bez skaz, bez problemów ze zmysłami, silniejszych, potężniejszych, których obawiać się będą wampiry. Zresztą boją się. Inaczej by tak nie panikowali. Nailah to zupełnie inna sprawa, on był po prostu furiatem, który chciał odzyskać co jego, a zapewne Kay chciał żywą dlatego, by się zemścić, chociaż ostatnio jego zachowanie było ogólnie dziwne, z tego co mówił mu duch, który miał go śledzić. Tylko że on był Dzikim. I to takim prawdziwym, dlatego pewne jego zachowania pozostawały dla ciebie niezrozumiałe.
- Nie powiedziały one nikomu o tym, co posiadasz. Tak zresztą podejrzewałem. Chciałem, by Lebiediew wyciągnęła próbkę tej krwi z Organizacji Słonecznych, by zaczęły się już prace nad Sztucznymi, chciałem cię tam ściągnąć, żebyś sama tą pracę podjęła... Nie sądziłem, że ludzie u władzy będą tacy skłonni do pomagania wampirom... - Wierzyłeś zawsze tą rasę, a to, czego teraz się dowiedziałeś... Doznałeś swoistego szoku. Aktualnie miałeś wrażenie, że to tylko głupi sen, koszmar z powodu gorączki, a gdy się przebudzisz nic takiego nie będzie miało miejsca. Jednak nie musiałeś nawet się szczypać, by mieć pewność, że to snem nie jest. Że to brutalna rzeczywistość, której zmienianie nie zawsze wychodzi tak, jakbyś chciał. I to wszystko tak intensywnie zaprzątało ci umysł, że nie byłeś w stanie się na samej Kay skupić, jakbyś to normalnie zrobił, nie przypatrywałeś się jej, nie badałeś jej wyrazu twarzy, nie próbowałeś czytać z oczu...
- Chyba zbyt długo się kryłem, zaczynam nie rozumieć ludzi... - Może zdziczałeś? Może jako jeden z najstarszych wampirów w historii, o ile nie najstarszy z obecnie żyjących, rozumiałeś tylko tych ze swoich czasów,  nie mogąc pojąć tego, co w głowach obecnych się dzieje? Te książki, po które sięgałeś teraz, ta psychologia, to wszystko co wokół się działo, co śmiertelni robili, że chodzili ulicami razem z wampirami... To było... To nie do pomyślenia... Nie potrafiłeś tego zrozumieć... Nie chciałeś tego zrozumieć...
- Nie zrozum mnie źle... Menny... Szanuję cię za twoje osiągnięcia, ale dla mnie priorytetem jest ogół ludzkości.Więc w tej chwili jedyna rzecz, jaka może was uratować. Staliście się tacy słabi... Jest was tak mało... Tak łatwo przychodzi wam myśl, że możecie żyć obok takich bestii, obok... nas... - Uchyliłeś oczy, krzywiąc się z leksza, wplatając palce w długie pasma czarnych włosów. Dlatego nie wahałeś się ze zrujnowaniem Jej. Ewentualnym - jak na razie cenną wiedzę sprzedałeś tylko dwóm istotom, ruszając delikatnie kołem, które one same zatrzymały, zatrzymując fakt tego, w czego posiadaniu Kay jest dla siebie. Bardzo ciekawe zresztą. Problemem jest to, że wiedziałeś wiele, ale w obecnych czasach nie potrafiłeś przewidzieć ludzkich ruchów - powoli to do ciebie dochodziło, boleśnie obijając się o ściany umysłu.
- Tylko że chyba nikt nie jest w stanie jednak udoskonalić tych Sztucznych oprócz Ciebie... A ja, Memengwo Kay, ja mogę ci dać naprawdę wiele tej cennej krwi w późniejszym czasie. Problemem jest to, że miejsce, które było najbezpieczniejsze, stało się wysoce niebezpieczne. Miałaś tyle dni... Powinnaś była tam pójść i prowadzić badania... Pewnie do teraz byś je już skończyła... - Lecz nie... Vivianne nic nie zrobiła z tą krwią, a ona jako jedyna wydawała się zdolna do odpowiedniego wykorzystania jej, Bell jedynie miała być przekaźnikiem informacji, swoje zadanie wypełniła... I pojawił się wielki problem. Jednak musiałeś się zwrócić do Memengwy Kay, którą niemal zdecydowałeś się porzucić. Beznadziejnie zaczyna się robić, bardzo beznadziejnie... Najgorsze jest to, że teraz wydawałeś się pogodzony z przegraną. To chyba przez zmęczenie  i gorączkę - oby tak było. Bo przegrać? Z własną rasą..? Miałeś umrzeć szczęśliwy na trupach pobratymców... Tak miało być... Tak miało być...
Powrót do góry Go down
Memengwa Kay
Specjalista wirusolog
avatar

Liczba postów : 61
Dołączył/a : 04/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 7:56 pm

Kay przyglądała mu się, zadzierając podbródek jak prawdziwa małolata, pod odpowiednim kątem przez przyciemniane szkiełka okularów widać było zarysy jej ciemnych, hardych oczu. W końcu kobieta westchnęła, ukucnęła przed Laumem i ściągnęła "musze" pingle.
- Trochę mnie przeceniasz - powiedziała. - Owszem, jestem jedyną, która zna wszystkie sekrety syntetycznej rasy. - W końcu to ona ich stworzyła, tak na dobrą sprawę. Stworzyła ich i miłowała, jak Bóg, jak matka, bez wzajemności, ale i bez opamiętania. - Ale obawiam się, że tych kilka dni by nie wystarczyło. Gdyby góra dowiedziała się, co próbuję zrobić... - pokręciła głową, jakby zabrakło jej słów, jakby samo wyobrażenie sobie podobnej sytuacji nie wchodziło w ogóle w grę. - Wetknęliby swój nos w każdą probówkę, wcisnęliby biurokrację w każdą możliwą szczelinę, spowalnialiby mnie, monitorując każdy mój ruch... - Tak po prawdzie, to co w tym złego, Memengwo? Przecież Wschodzące Słońce robiłoby to tylko po to, by tworzenie ulepszonych Sztucznych było lepiej zrozumiane, lepiej zapamiętane i lepiej wykorzystane na przyszłość, w masowej produkcji żołnierzy-obrońców ludzkiej rasy. Dlaczego widzisz w tym jakiś problem? Czyżbyś chciała coś ukryć...?
Kay uświadomiła sobie, że właśnie się odkryła przed Laumem. Że choć brano ją za jedno z serc Organizacji, wcale nie była jej tak wierna i oddana jak być powinna. Wirusolog była chorobliwie ambitna, dociekliwa, zaborcza, pragnęła satysfakcji z poczucia własnej potęgi, nie chciała się tym dzielić z innymi, nie chciała, by ktoś ją doścignął, dorównał jej, zastąpił... było jeszcze coś. Ale tego nie pozwoliła po sobie odczytać, skrywając swoje wnętrze za pochmurną, wyniosłą barierą. Tak, jak robiła to w pracy.
Pracy, którą żyła i oddychała, dla której poświęciła wszystko. W której była szczęśliwa. Więziona. Dumny lew. Motyl w kokonie...
Basta.
- Jeśli masz mnie jeszcze jakkolwiek wesprzeć, nie zamierzam zostawić cię w tym stanie - odezwała się nagle, zmieniając temat i nastawienie. - A ciągle jest wiele rzeczy, które musisz mi wyjaśnić. - Musiał. Wypowiedziała to słowo bez specjalnego nacisku, ale z tak lekką, naturalną pewnością, że po prostu nie mogło być inaczej. - Wyglądasz jak wyciągnięty spod walca. Daj sobie pomóc... Kruku.
Powrót do góry Go down
Laum Rökkur
Wygnaniec
avatar

Liczba postów : 26
Dołączył/a : 13/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 8:55 pm

Przeceniasz..? Oby tak, bo nawet jeśli ona zostanie stracona, to znaczy, że ktoś mógłby jej pracę kontynuować... Właśnie, jest tyle pracy, tyle koniecznych rzeczy do zrobienia, tyle pytań, na które musiałeś odpowiedź znaleźć, tyle niewiadomych, którymi przydałoby się zająć, tyle rzeczy, którymi chciałbyś pokierować... Problemem jest wiek, w jakim jesteś i wiek, w którym czynnie żyłeś, a konkretnie różnice je dzielące. Je i ludzi, jacy w nich żyli.
Przejechałeś palcami we włosach, zaczepiając je na karku i unosząc spojrzenie na Memengwę, która teraz kucała przed tobą. Nie czułeś się nigdy wielkim bohaterem, rycerzem w białej zbroi, można powiedzieć bardziej, że twoje pragnienie zniszczenia wampirów było obsesją, dla której mogłeś zrobić niemal wszystko.
Zetknęły się oczy - czarne i nienaturalnie złote, duże, przejrzyste, osadzone w pociągłej, delikatnej twarzy kogoś, kto bardziej pasował na dziecko, którym trzeba się opiekować, niż mężczyznę, który para się fachem mordowania i który tak dużo swego czasu namotał. Teraz jego zastępcą była najwyraźniej panna Kay, która poderwała na nogi cały wampirzy i ludzki świat, by wszyscy rzucili się jej szukać. Wrodzona złośliwość powinna nakazać ci teraz chronić ją więc za wszelką cenę, a konieczność ochrony ludzkości podszepnęła, żebyś ją teraz zabił. Natychmiast, zanim dostanie się w łapska wampirów i wyśpiewa im, chcąc czy nie chcąc, wszystko, co wie na temat Wschodzących. No i jeszcze pozostało coś takiego jak 'uczucia', taka zasada, by ludzi bez wyraźniej potrzeby nie zabijać...
- Niekiedy żeby zrobić coś dla ogółu trzeba pewne rzeczy poświęcić. - Tak jak twoją sławę, dumę i prywatność, panno Kay. - Co w tym złego, że by wiedzieli, w końcu stoicie po tej samej stronie, nawet jeśli Wschodzący są upolitycznieni, to jednak działają samodzielnie, bez nadzoru rządu. - Nie mogłeś ich o nic posądzić - dopiero obawiałeś się ewentualnej przyszłości, bez wampirów, że Wschodzącym mogłoby się zachcieć sięgać siłą po władzę za pomocą pół-wampirów, tych ni to ludzi, ni wampierzy. Bo takie założenie było bardzo prawdopodobne. Moc wielu uderzała do głowy, sprawiając, że starali się zdobyć to, co nigdy im przeznaczone nie było. Najgorsze jest to, że zbyt często im się to udawało.
Jeśli Kay teraz pójdzie do organizacji ostrzec ich przed tym, co może nastąpić, zrobiliby z niej czarną owcę, sprawczynię całego zła i najprawdopodobniej wydali, skoro nawet rząd się przeciwko nim obracał. Próbówki pewnie też by zabrali... Przynajmniej tą jedną z jej sejfu, pewnie chcieliby prześwietlić jej rzeczy. Musisz więc Wschodzącym posłać jakąś piękną karteczkę i ostrzec, Vivianne by nie rozgłaszała wiedzy, jaką posiada. I skontaktować się z Bell, informując o tym, co się dzieje. A gdyby tak zorganizować prywatne laboratorium? I zadziałać poza wszystkimi? Masz wystarczająco pieniędzy uzbieranych przez te wszystkie wieki, żeby wykupić pół tego kraju, jeśli nie cały. I koniecznie musisz pójść do władcy ludzi, żeby im powiedzieć, co pan Dom szykuje za jego plecami. To coś musi zmienić... Musi się jakoś do tego ustosunkować. A jeśli nie wspomoże Słońca, to przynajmniej będziesz wiedzieć, że cały świat jest przeciwko Tobie. I Słońcu, rzecz jasna.
- Więc prędko pytaj, mam bardzo mało czasu... Każda minuta jest teraz cenną. - Miałeś wypoczywać!
Cholera...
No właśnie - cholera - ani w tą, ani w tą niedobrze.
- Będę szukał wsparcia u waszego Dowódcy, Dom działa jak na razie potajemnie i poza prawem. Mam nadzieję, że wasz Król nie jest też taki spragniony pokoju z moją rasą... - Najwyraźniej większość ludzi nie rozumiała, że nie może istnieć coś takiego jak 'pokój z wampirami'. Jeśli tylko ludzkość złoży u ich stóp broń, zniewolą ich, stworzą z nich swoje zabawki... Co do jednego.
- I tak się czuje. - Przyznałeś, chociaż chyba wyciągnięty spod walca czuł się lepiej. - Mam głęboką ranę na brzuchu. - I powinieneś pić dużo krwi, której nie pijesz. - Która się strasznie babrze. - Bo nie pijesz krwi, idioto... - Gdyby nie ta nagła sytuacja najpewniej nie wyszedłbym z domu...
Powrót do góry Go down
Memengwa Kay
Specjalista wirusolog
avatar

Liczba postów : 61
Dołączył/a : 04/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Nie Wrz 29, 2013 9:20 pm

- Więc wracaj do niego i zostaw mi adres - wypaliła nagle, mogło się wydawać, że trochę bezmyślnie, ale mawiają, że "mądrej głowie dość dwie słowie" toteż nie trzeba było wiele by Memengwa zdecydowała się na następne kroki. Wystarczająco długo fascynowała się wampirzymi pomiotami, by znań tak podstawowe fakty jak zależność regeneracji od dostępu do krwi. Tyle, że ona nie zamierzała oddawać Laumowi swojej własnej, ooo, co to, to nie. Była natomiast na tyle bezwzględna, by bez wyrzutów sumienia dostarczyć Krukowi łatwy kąsek. - Daj mi kwadrans, nie potrzebuję więcej. - Nawet nie drgnęła jej powieka, choć w domyśle chodziło o zadanie cierpienia lub śmierci niewinnej osobie...
Kay też była z tym od dawna oswojona.
- Powiedziałeś, że nie możesz mi ufać... i miałeś rację. Ale bądźmy realistami: obydwojgu nam trzeba teraz ocalenia tyłków więc raz możesz zrobić wyjątek. - Mówiła całkiem poważnie. Kobieta o żywym umyśle, w ferworze wyzwań bezduszna i idąca do celu po stertach usypanych z trupów, chyba łatwo było przewidzieć, że nie zamierzała wykorzystać potencjalnej okazji i ściągnąć do kryjówki wampira posiłków z Organizacji. "Bądźmy realistami" - była w zbyt poważnych kłopotach, by decydować się na podobne wyskoki, a poza tym...
Poza tym Kay była opętaną fanatyczką stworzeń nocy. Pod pretekstem interesów naprawdę chciała mu pomóc.
Powrót do góry Go down
Laum Rökkur
Wygnaniec
avatar

Liczba postów : 26
Dołączył/a : 13/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Wto Paź 01, 2013 12:23 pm

Lekko drgnąłeś - to z powodu tej nagłości wypowiedzi, wzięła cię z zaskoczenia, nie ma co tego ukrywać i lekko dałeś się tym zdekoncentrować. Najwyraźniej jej trochę nie doceniłeś - choć może to wina waszej ostatniej (i pierwszej!) telefonicznej rozmowy, przez którą przekreśliłeś ją, nie oszukujmy się... 
Zaraz... ale o jakim... Aaach... Widzisz to w jej oczach, prawda? Jest w nich jakaś bezwzględność, brak jakichkolwiek zahamowań przed wykonaniem pewnych kroków, takich jak... polowanie. Polowanie w wykonaniu kobiety, która miała ten świat chronić przed wampirami, dla wampira. Hm... Czy tylko mi się wydaje, czy jest tutaj coś mocno nie halo, coś mocno pokręconego? Oprócz tego razu, kiedy Bell przyniosła ze sobą ten woreczek krwi, ludzkiej, była tak słodka (rzygać się chciało), tak kusząca (o mało nie puściłeś pawia...), nie piłeś ludzkiej krwi od lat. Wampirza wystarczała, od czasu do czasu, jeśli któregoś z nich udało się pochwycić - pomijając fakt, że winieneś się żywić codziennie, regularnie...
Tym razem jednak nie zabrałeś głosu sprzeciwu, chociaż oburzeniem miałeś ochotę się unieść  - wszak w tym stanie żadnego krwiopijcy za gardziel nie złapiesz, a i hasanie gdziekolwiek było niemożliwe. Dziękować..? Wypadałoby, ale może potem... 
- Dobrze... - Ledwo ci to przeszło przez gardło - na chwilę umilkłeś, uciekając spojrzeniem w bok. - Będę do Ciebie dzwonił, moje miejsce zamieszkania szybko się zmienia... - Już i tak w tym obecnym przez tą niedyspozycję stanie zbyt długo zabawiłeś w swojej obecnej klitce.
Powrót do góry Go down
Memengwa Kay
Specjalista wirusolog
avatar

Liczba postów : 61
Dołączył/a : 04/09/2013

PisanieTemat: Re: Stary Rynek   Czw Paź 03, 2013 8:05 pm

- Moje też. Wiedziałeś? - Rzecz jasna pytanie było retoryczne, a nawet bliżej mu było do parsknięcia i mogłabym przysiąc, że zimnie obojętna twarz Memengwy rozjaśniła się na moment jakąś na wpół żartobliwą, ponuro-kpiącą iskierką, choć ustom zdecydowanie daleko było do uśmiechu. Czy ta kobieta w ogóle wiedziała, jak się uśmiechać? Och, owszem, robiła to chociażby przy śliczniutkim Sahirze... tfu. Wróć. Śliczniutki Sahir ruszył w pogoń i właśnie napinał swój łowiecki łuk.
- Mam nadzieję, że odezwiesz się, zanim ktokolwiek inny to zrobi - powiedziała, wstając z kucek. Odruchowo otrzepała kolana, poprawiła ułożenie plecaka i, celowo nie podając dłoni wampirowi, by mógł się na niej wesprzeć, odeszła w stronę bardziej uczęszczanej uliczki, tej, gdzie się na siebie natknęli. - Jakoś ostatnio służbowe telefony wyjątkowo szarpią mi nerwy.
Teraz musiała wyobrazić sobie, że nakłada białe rękawiczki - symbol rozgrzeszenia ze wszystkich eksperymentów, błędów i ludzkiego cierpienia - i skomponować Krukowi posiłek.
Skłamałabym mówiąc, że nie czuła dreszczu podniecenia.

[z/t x2]
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Stary Rynek   

Powrót do góry Go down
 
Stary Rynek
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Stary dąb
» Stary Cmentarz
» Stary farmer farmę... A nie to nie ta piosenka.
» O stary, no wyrosłeś jak spod ziemi!
» Stary Grobowiec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarny Blask :: Tam, gdzie odbywa się maskarada... :: Sorresia :: Centrum-
Skocz do: